Marek Majewski - od ponad 20
lat pastor Kościoła Bożego w Chrystusie "Bez Ścian" w
Zielonej Górze, muzyk i szyszkarz.
Inspiracyjny mówca, pełen pasji w niesieniu Bożego życia
również poza mury kościoła.
Osobiste
świadectwo Marka:
Długowłosy
awanturnik
Odkąd pamiętam, moje życie było pełne wrażeń i to
kolorowych. Zawdzięczam to moim kochanym rodzicom, z
których ojciec dostarczał przygód, a mama kolorów. W
technikum leśnym ojciec przystał do opozycyjnej
organizacji „Zemsta lasu” i w czasie praktyk walczył z
urzędnikami „bezpieki” wylewając na nich gorącą zupę z
warownego zamku. Przywódcy poszli siedzieć, a tata
dostał wilczy bilet – brak możliwości nauki czy podjęcia
pracy.
W latach pięćdziesiątych wystartował dla rozrywki w
regionalnych zawodach lekkoatletycznych i zwyciężył we
wszystkich konkurencjach prócz pchnięcia kulą. Tak
rozpoczęła się jego sportowa przygoda; wychował wielu
wybitnych sportowców (E. Czernik i inni), chętnie
zabierał mnie wtedy na obozy sportowe. Kiedy miałem 8
lat przeprowadziliśmy się na wieś do chaty (z klepiskiem
zamiast podłogi), naprzeciwko której ojciec upatrzył
sobie łąkę, na której miał powstać obiekt jego marzeń –
ośrodek sportowy pięcioboju nowoczesnego. I choć jedni
kręcili głową, a inni się w nią pukali, znalazł ludzi,
których zaraził swoją szaloną wizją i ośrodek powstał w
zawrotnym tempie, jako najnowocześniejszy w Europie.
Jako że ojciec realizował się w swoich wizjonerskich
przedsięwzięciach, trud wychowania dzieci spadł na mamę,
która uczyniła wszystko, by nasze dzieciństwo upłynęło
szczęśliwie i beztrosko. A że zabrakło nam męskiej ręki
ojcowskiej (choć czasami odczuwaliśmy ją i to ciężko),
wyrastaliśmy na zadowolonych z siebie urwisów (gagatków)
zaprawionych w rozśmieszaniu lub też zastraszaniu
spokojnych obywateli. Mama odziedziczyła po babci
niezwykły spokój i ufność, że jej dzieciom nic złego się
stać nie może – co uratowało ją zapewne od przedwczesnej
siwizny.
LO nr 7 w Zielonej Górze ukończyłem z trudem i to nie
tyle cudem, co dzięki dobremu imieniu ojca, które
naraziłem na szwank swoimi wyczynami, a które wzbudzały
podziw rówieśników. Zdałem na studia AWF do Poznania na
obiecująco brzmiący kierunek Turystyki i Rekreacji, lecz
rozczarowany sztywną atmosferą studiów w tamtych latach
komuny, rozrabiałem już na praktyce. Z okazji 35-lecia
PRL-u w ramach praktyki zorganizowano nam występ na
stadionie 1000-lecia w Warszawie. Przez kilka tygodni
mieliśmy ćwiczyć układ sportowo – taneczny do melodii,
której słuchając po raz n-ty miałem dość już pierwszego
dnia. Zgoliłem się na kolano zostawiając jedynie kępkę
włosów, którą postawiłem sobie wodą z cukrem na kształt
korony, dając wyraz swojej patriotycznej postawie jako
„orzeł w koronie”. Impreza miała być z udziałem władz i
transmitowana przez TV, więc wyleciałem z hukiem.
Odbiłem to sobie m.in. zjadając darmowy obiad w barze,
gdzie zlękniona kasjerka na mój widok ratowała się
ucieczką nie dając mi szansy uiszczenia opłaty (w
tamtych latach punków nie widywało się nawet w TV).
Pod wpływem Witkacego, Stachury wyrastałem na młodego
gniewnego, włócząc się na zlotach hippisowskich
próbowałem narkotyków, na festiwalach jazzowych
poznawałem śmietankę polskiej kontestacji. Wiedziałem
jedno – że nie zgodzę się na tę beznadziejną szarzyznę,
jaką oferowało życie porządnych obywateli. Rozczarowany
narkotykami i światkiem artystycznym, zacząłem szukać
ścieżki duchowej w religiach Wschodu. W efekcie z
pieniędzy uzyskanych z uprawy pomidorów kupiłem bilet na
samolot i poleciałem na trzy miesiące do Indii.
Wyimaginowany obraz idyllicznej krainy mistyczno –
sielankowej zaczął łamać się w konfrontacji z
rzeczywistością ciemnoty, brudu, okrucieństwa i
zachłanności Indii. Nie dawałem jednak za wygraną i
wnioskując, że prawdziwi mistrzowie duchowi wynieśli się
w góry uciekając przed cywilizacją, ruszyłem w Himalaje.
Nie znajdując ich na szlaku turystycznym uznałem, że
zapewne skryli się przed stonką turystyczną i znajdę ich
tam gdzie turystom wstęp wzbroniony.
Pod osłoną nocy przedarłem się przez zieloną granicę
wspinając się na Przełęcz Muktinath dzielącą Nepal od
Mustang, gdzie śnieg zacierał moje ślady. Jerzy, który
był już chrześcijaninem poinstruował mnie, że w razie
tarapatów mam wzywać krew Jezusa – dał do podpisania
list, w którym potwierdziłem, że wszelkimi sposobami
próbował odwieść mnie od tego przedsięwzięcia i
rozstaliśmy się. Spędziłem kilka trudnych dni w tej
dzikiej skalistej krainie wśród ludzi, którzy nie znali
języka angielskiego (niektórzy po raz pierwszy widzieli
białego), krainie bez miejsc noclegowych, sklepów czy
barów.
Pierwszy raz poczułem zapach śmierci, kiedy przyjęty pod
dach młodych mężczyzn znających język angielski,
obudziłem się słysząc odgłos bijatyki, która nasilała
się i rozegrała w ciasnym ciemnym pokoju, gdzie mnie
położono. Leżałem zesztywniały, pocąc się ze strachu w
puchowym śpiworze i wspominając błysk w oczach moich
gospodarzy, kiedy oglądali mój saksofon i walkmana (dla
ludzi tam żyjących warte majątek) i oczyma wyobraźni
widziałem dalszy rozwój akcji. Na tej ziemi byłem wyjęty
spod prawa, gdyż sam je złamałem wkraczając do
zakazanego dla turystów Mustangu. Gdybym zginął, nikt
nie wiedziałby nawet gdzie mnie szukać. Walczyłem z
pokusą, aby przedrzeć się przez walczących nad moją
głową i uciec półnagi, zostawiając swój dobytek, ale
ocalając życie. Po chwili walczący wynieśli się, po czym
rano przepraszając mnie wskazali drogę do
najznakomitszego w tamtych stronach klasztoru
buddyjskiego. Ruszyłem wąską skalistą ścieżką. Mijając
czasem karawany osłów, szedłem podekscytowany wizją
oczekującej mnie uczty duchowej, na której poznam
tajemnice życia i śmierci. Wczuwając się w rolę
buddyjskiego mnicha – pielgrzyma (194 cm wzrostu, jasny
blondyn, wielkie dziecko), ogoliłem głowę na łyso,
zarzuciłem naszyjnik na szyję i zasuwałem boso; sceneria
pełni księżyca nastrajała do mistycznych uniesień.
Majestatyczny budynek klasztoru położony 5 000 m. n.p.m.
ujrzałem po przebyciu 50 km z 30 – kilogramowym
plecakiem wąską ścieżką (główna autostrada Mustangu).
Zmęczenie, głód i chłód wieczora nieomal nie zwaliły
mnie z nóg. W grupie ludzi, których spotkałem przed
klasztorem nikt nie znał języka angielskiego, więc na
migi poprosiłem o wodę, którą chciałem popić aspirynę.
Kiedy wyjąłem z plecaka ampułkę z tabletkami, nie
zdążyłem się uraczyć, gdyż otaczający mnie ludzie
wyrwali mi ją z ręki, rozdzielając między siebie z dziką
zachłannością. Zaprowadzono mnie do kuchni, w której
zostałem pokazany potężnej kobiecie z wielką końską
głową, która na mój widok zaczęła się śmiać złowieszczo
szyderczym śmiechem.
Noc spędziłem w niegościnnym klasztorze na kamiennej
ławie, a mój niespokojny sen przerywały odgłosy
całonocnej libacji. Ciężko rozczarowany opuściłem
klasztor o świcie, zaczynając tęsknić do pogardzonych
dotąd przeze mnie dobrodziejstw cywilizacji. Znalazłem
nocleg w skromnej chacie na skraju potężnego urwiska,
gdzie przy ognisku grałem na saksofonie dla licznej
gromadki dzieci gościnnych gospodarzy. Rano uraczyli
mnie wielką michą grubej mąki zalanej gorącym mlekiem,
co chcąc nie chcąc zmłóciłem, wiedząc że musi mi to
wystarczyć do wieczora. Pod wieczór dotarłem do
granicznej przełęczy Muktinath i padłem na cztery łapy z
osłabienia spowodowanego rozwolnieniem. Było tak ostre,
że nie mogłem utrzymać się na nogach; byłem zdumiony,
gdyż pierwszy raz w moim życiu ciało odmówiło mi
posłuszeństwa. Wypróżniając się z częstotliwością
karabinu maszynowego, zdesperowany próbowałem wszystkich
znanych mi technik okultystycznych (medytacja, joga,
odwoływanie się do nadświadomości itp.). Choć pracowałem
ciężko i z wiarą w celu ujarzmienia mego ciała duchem,
ze zdumieniem przekonałem się, że to nie działa.
Przestraszony perspektywą spędzenia nocy w takim miejscu
(5 000 m. n.p.m.) i takim stanie, zdecydowałem się na
ostateczność. Zwróciłem się do Boga niechętnie i
ociągając się, poprosiłem o pomoc. Choć nie poczułem
wyraźnej zmiany, to jednak rozwolnienie zaczęło
ustępować i o zmroku dotarłem do wioski nepalskiej.
Dwa tygodnie później opuściłem Himalaje i wylądowałem w
New Dehli z zamiarem powrotu do kraju. Jadąc do Indii
marzyłem o przygodach, podróży mojego życia – z Indii do
Australii przez wszystkie kraje i wyspy po drodze, więc
nie zrobiłem rezerwacji na powrót do ojczyzny samolotem.
Gdy realia finansowo – paszportowe rozwiały moje
złudzenia – poddałem się. Objuczony prezentami, udałem
się na lotnisko aby dostać się na odchodzący co tydzień
samolot do Warszawy. Zostałem na lotnisku – gdyż
zabrakło dla mnie miejsca w samolocie – z plecakiem i
torbami pełnymi pawich piór i innych podobnie
bezużytecznych rzeczy. Ostatnie pieniądze zużyłem na
prezenty, więc zaczęła się walka o przeżycie tygodnia
bez kasy. Sprzedałem więc moje europejskie ciuchy i
uczyłem się żyć – ograniczając potrzeby do minimum.
Kiedy za tydzień sytuacja się powtórzyła i samolot do
Polski odleciał beze mnie, byłem już tak zdesperowany,
że sięgnąłem po Biblię. Miałem dość hałaśliwych,
nachalnych hindusów i ich języka, więc Biblia którą
zostawił mi Jurek była jedynym polskim akcentem jaki mi
pozostał. Kiedy zacząłem ją czytać, okazała się być
lekturą trudną i nudną.
Tymczasem zbliżała się wigilia, co jeszcze wzmogło moją
tęsknotę za Polską. W mieście roiło się od naciągaczy,
więc nie było w nim miejsca na bezinteresowną pomoc.
Wtedy jacyś ludzie zaprosili mnie na darmową wigilię dla
ubogich. Poszedłem i okazało się, że to chrześcijanie,
młodzi ludzie którzy po poczęstunku zaczęli opowiadać o
swojej wierze. Ich Jezus mnie nie obchodził. Nie mogłem
jednak zrozumieć co robią w tym okropnym mieście, bo
gdybym to ja miał trochę kasy – natychmiast wyjechałbym
nad morze albo w góry, w każdym razie jak najdalej od
tego molocha. Ich odpowiedź zrobiła na mnie wrażenie –
pozostają w tym piekielnym mieście z miłości do ludzi,
którzy w nim giną. Kilka dni później zmiłowano się nade
mną – być może z powodu święta Bożego Narodzenia i
znalazło się dla mnie miejsce w samolocie.
****
W marcu większość czasu spędziłem na szyszkach zrywając
je jako „alpinista” na rzecz nadleśnictwa. Przywiązawszy
asekurację do pnia, obrabiałem wierzchołki potężnych
sosen w doborowym lesie nasiennym. Wielogodzinna praca w
ciszy i samotność nastrajała do rozmyślań. Serdeczny
przyjaciel zachorował nieuleczalnie i kiedy o tym
myślałem, podjąłem decyzję, że uczynię co w mojej mocy
aby mu pomóc. Zszedłem na ziemię i dotarłem do
wszystkich ludzi, którzy szczycili się mieć moc nad
chorobami. W końcu dotarłem do chrześcijan. Janeczka i
Grażynka zrobiły na mnie wrażenie i czułem, że coś w tym
było kiedy mówiły o Jezusie. Tydzień później powróciłem
do Wrocławia zatrzymując się u Mariusza – kompana od
szyszek, medytacji i marihuany. Kiedy okazało się, że
Tomek z którym mieliśmy wspólnie pojechać w góry nie
dotarł do Wrocławia, poczułem pustkę.
Był piątek i trafiła się niezła gratka. W sklepie w
Oleśnicy pojawił się deficytowy towar – rowery. Życie
znów nabrało sensu i kolorów – postanowiłem kupić sobie
rower. Musiałem w tym celu wymienić DEM -y, więc
ruszyliśmy z Mariuszem odwiedzając kolejnych koleżków, z
których każdy miał być poważnie zainteresowany nabyciem
waluty. Krążyliśmy po mieście cały dzień –
bezskutecznie. Byłem zdruzgotany – dlaczego mimo
najszczerszych wysiłków, nasze zabiegi okazały się tak
bezowocne. Czułem się jak okręt, który ugrzązł na
mieliźnie życia. Pustka i bezsensowność mojego życia
uderzyły mnie bardziej niż kiedykolwiek. Jurek, a potem
Grażyna zaprosili mnie na jakieś niedzielne spotkanie
religijne, lecz czymże to było wobec pasji zdobycia
roweru, która zaprzątała mnie całkowicie?
Było sobotnie popołudnie, kiedy w końcu sprzedałem
walutę. Uczyniwszy to, postanowiłem wyjechać z Wrocławia
i wrócić w poniedziałek do sklepu z rowerami, lekceważąc
tym samym meeting chrześcijan. Zniechęcony perspektywą
krążenia w tą i z powrotem, spytałem z głupia frant mamę
Mariusza, czy w niedzielę sklepy są otwarte. Jednak
usłyszałem zdumiewającą odpowiedź – tak, bowiem
najbliższa niedziela jest handlową, z uwagi na
zbliżające się święta wielkanocne. Postanowiłem upiec
dwie pieczenie na jednym ogniu: Kupić rower i wjechać
nim na nabożeństwo. Na przeszkodzie stanęło zaproszenie
na całonocną libację do Monaru, gdzie wśród oparów dymu
z marihuany pojawił się zaskakujący akcent – występ
nawiedzonego Jezusowego grajka z Anglii. W każdym razie,
kiedy w niedzielny poranek zadzwonił budzik, oznajmując
że trzeba wstać jeśli chcę zrealizować plan „podwójnej
pieczeni” – zgasiłem go bez skrupułów, rezygnując z
nabożeństwa i zadowoliwszy się wizją paru godzin snu
więcej i kupnem roweru, poszedłem dalej spać. Zasnąłem.
Kiedy obudziłem się rześki i wypoczęty, stwierdziłem ze
zdumieniem, że minęło zaledwie kilka minut i że zdążę
jeszcze na pociąg do Oleśnicy. Dziś wiem, że to modlitwy
świętych sprawiły ten cud. Z niewielkim opóźnieniem
dotarłem na swoim nowym rowerze na nabożeństwo.
Rozejrzałem się po sali kinowej wypełnionej śpiewającymi
entuzjastycznie ludźmi. Stwierdziwszy, że nieźle grają,
zagłębiłem się w miękkim fotelu obok Jurka (który
próbował mnie nawracać już w Himalajach) i …smacznie
zasnąłem. Przespałem całe kazanie i obudziły mnie słowa
żony pastora: „Jeśli nie obudziłeś się do życia z
Jezusem, to dzisiaj jest na to czas!!”
Gdyby to wezwanie do pojednania się z Bogiem zostało
uczynione innymi słowami, zapewne nie zrobiłoby na mnie
wrażenia. Jednak kobieta, która je wypowiedziała nie
mogła mnie widzieć, że spałem i czułem, że jest w tym
Boża ręka. Jeszcze nie całkiem przekonany, że Jezus jest
tym, czego szukam, postanowiłem spróbować – wyszedłem do
przodu, aby powtórzyć słowa modlitwy, która miała
zmienić moje życie. Po modlitwie podeszła do mnie
podekscytowana Grażyna – choć nie podzielałem jej
entuzjazmu, nie miałem zamiaru jej gasić. Nic nie
odczułem, lecz jeszcze tego samego dnia kiedy wziąłem
Biblię do ręki, przekonałem się, że coś się we mnie
zmieniło, gdyż jej lektura wciągnęła mnie i okazała się
atrakcyjną. Nie był to koniec zmian. Nawróciłem się 27
marca 1988 roku, zaś w kwietniu Bóg uzdrowił mnie z
choroby, na którą cierpiałem od 1 stycznia. Zapalenie
korzonków nerwowych było owocem hulaszczej nocy
sylwestrowej. Lekarze stwierdzili, że nie da się tej
choroby do końca wyleczyć. Jezus Chrystus miał jednak
ostatnie słowo w tej sprawie i zostałem całkowicie i
trwale uleczony, przez nałożenie rąk jego uczniów.
Chwała Wszechmogącemu!!!
Parę tygodni później, stałem na peronie metra w Berlinie
rozważając poważny dylemat – kupić bilet, czy jechać na
gapę. Nie bez powodu uważałem się za mistrza w jeżdżeniu
bez biletu. Na fali hippisowskiego buntu przeciwko
komunie, opanowałem do perfekcji darmowe przejazdy MPK,
PKP, PKS. Dysponowałem tak szerokim wachlarzem sposobów
uniknięcia kontroli, że w ciągu długoletniej praktyki
zdołałem wyszkolić naśladowców. Byłem z siebie dumny i
kiedy Grażyna stwierdziła, że muszę porzucić mój
„romantyczny” proceder, wyśmiałem ją. Zaraz potem
zostałem dwukrotnie przyłapany bez biletów w sposób
kompromitujący dla mnie. Teraz podjąłem decyzję, że
pojadę na gapę, lecz na wszelki wypadek pomodliłem się
prosząc Pana, aby dał mi znać jeśli to Jemu się nie
podoba. Wsiadłem do pustawego wagonu berlińskiego metra
i po chwili zaroiło się od kanarów, a drzwi zamknęły się
za nimi. Moje włosy (dość bujne wtedy jeszcze) stanęły
dęba i zrozpaczony widziałem oczyma wyobraźni moją
deportację z Berlina (jako że nie miałem kasy na
mandat). Czterech dorosłych facetów sprawdzało bilety
wszystkim pasażerom w pustawym metrze, pomijając
zupełnie stojącego pośrodku dryblasa. „Dobroć Boża
prowadzi do upamiętania” – fakt, że Pan okazał mi
miłosierdzie, wstrząsnął mną i moim stylem życia. Raz na
zawsze rozstałem się z ulubioną formą przejazdu na gapę.
*****
Piękny wiosenny dzień na wsi. Mój brat i dziewczyny
siedzą w starej bryczce przypalając dżejta z marihuaną.
Odruchowo wyciągnąłem rękę po skręta, lecz mój młodszy
braciszek podaje go siedzącej obok niego dziewczynie.
Chcę zapalić po niej, jednak z uśmiechem podaje go
dalej. Cóż za bezczelność tak mnie potraktować, mnie
który własnymi rękoma doglądałem marihuany wyhodowanej z
najlepszych nasion otrzymanych od przyjaciela. Tak bym
wcześniej odebrał tą sytuację, lecz w moim wnętrzu coś
się zmieniło i uznałem to za wolę Nieba. Zaniechałem
więc eksperymentów z rozlicznymi narkotykami, w których
tak lubowałem się do tej pory”.
„Jeśli ktoś jest w Chrystusie, nowym jest stworzeniem;
stare przeminęło oto i wszystko staje się nowe”.
Długowłosy awanturnik, szalony hipis włóczący się z
nieodłączną trąbką, szokujący z upodobaniem porządnych
obywateli swoją ekstrawagancją, nie bojący się ni Boga,
ni ludzi, zmienił się w łysiejącego gentlemana, któremu
nawet garnitur nie straszny. Wcześniej gardziłem
instytucją małżeństwa, dziś wierzę w nią gorąco i moja
wiara rośnie dynamicznie odkąd poślubiłem Kasię. Mamy
dwie śliczne córeczki: Justynkę i Gosię. Traktujemy
rodzinę i małżeństwo jak najbardziej ekscytujące
wyzwanie i rzecz świętą. Kiedyś grywałem na saksofonie w
pociągu, w górach (Himalajach), w podziemiach i klubach
jazzowych, dziś grywam na nabożeństwach uwielbiających
Jezusa. Jako chłopiec pasłem trzodę setki owiec mojego
ojca, dziś jestem pastorem dla około setki drogocennych
mężczyzn, kobiet i dzieci, wspaniałych owieczek
Niebiańskiego Ojca.
Marek Majewski
Autor powyższego tekstu mieszka w Zielonej Górze, gdzie
jest pastorem kościoła o nazwie
„Bez
ścian” >>